{"id":"jezyk-polski-2003-maj-matura-podstawowa/zad/Temat 2","paper_id":"jezyk-polski-2003-maj-matura-podstawowa","number":"Temat 2","points":null,"ptype":"open","subject":"jezyk-polski","category":"matura","year":2003,"month":"maj","level":"podstawowa","text":"Temat 2. Cezarego Baryki zmagania z polskością i Polską.\nInterpretując fragment Przedwiośnia, zwróć uwagę na rozterki bohatera związane\nz określeniem własnej tożsamości. Wnioski z analizy odnieś do refleksji wyniesionych\nz lektury całej powieści.\nStefan Żeromski Przedwiośnie [fragment]\nW tym czasie zbliżył się duchowo do ojca, jak swego czasu do matki. Głęboka żałość\ni dojmujące ssanie wewnętrznej bolesnej litości łączyło się i przeplatało z żądzą życia. Cezary patrzał\nteraz na rozmach rewolucji w jej pierwszym rozkwicie. [ ] Zdarzało mu się widywać marynarzy\no kulistych facjatach, spalonych i rudych jak rondle, pędzących automobilami przez miasto Charków -\ndokądś, w jakimś kierunku. Biła od nich potęga ludzka, męska, niezłomna. [ ] Odwiedzał sale\nmityngów, nabite nie przez Tatarów i Ormian zjuszonych na siebie, jak to miało miejsce w Baku, lecz\nprzez lud pracujący ruski, małoruski, rumuński, żydowski, polski, jaki kto chce, lecz jeden,\nniepodzielny, robotniczy. Słuchał tutaj mówców pierwszorzędnych, wszystko jedno jakiej\nproweniencji, lecz wysuwających i rozwijających rzecz rewolucji w sposób nieubłaganie logiczny,\njasny, niezwalczony. [ ]\nGdy się znajdował w tłumie słuchaczów, w ciżbie robotniczej, która za każdym zbawczym\nsylogizmem mówcy ciężko a zarazem radośnie wzdychała, gdyż te spokojne wywody zdejmowały,\nzdawało się, z ramion przeogromnego pogłowia skrzywdzonych ciężar niedoli, przymus, przekleństwo\ni sam nieszczęsny los bytowania w jarzmie - Cezary wzdychał równie ciężko jak oni. Jakże w takich\nmomentach pragnął rozstać się z ojcem, wyprawić go w ów świat nieznany, w krainę mitycznej\nPolski, a zostać tam, wśród rozumnych i silnych! Jakże pragnął dołożyć ramienia do pracy nad\nrealizacją dzieła, nad skruszeniem aż do podwalin świata starego łotrostwa! Podziwiał i uwielbiał\nnieznane zjawisko przewrotu, ukazujące się oczom ludzkim w czynie najpotężniejszym od zarania\nświata a wysnutym z logicznych przesłanek genialnego geometry*, który inaczej niż wszyscy\ndotychczas, niż najpotężniejsi z tyranów, podzielił i pomierzył okrąg ziemski. [ ]\nAle gdy młody entuzjasta wracał do dziury pod schodami, czuł, że nie da rady. Ten ojciec,\nprzychodzień mało znany, to nie było jestestwo bierne i czujące jedynie, jak matka. To był przeciwnik\nczynny. To był rycerz. Z jego ran, których na ciele miał pełno, sączyła się nie tylko krew, lecz\njakoweś światło uderzające w oczy. On nie tylko wierzył w coś innego, lecz śmiał inaczej świat\nkształtować. To, co mówił, było mgliste, wymyślone z rozbitej głowy, nawet śmieszne, ale z tym\ntrzeba było potykać się zaiste, na szpady. Czyż ten ojciec był burżujem, stronnikiem bogaczów\ni pochlebców bogaczów? - Nie. Czy był stronnikiem starego porządku rzeczy? - Nie. Jakże tedy -\ndlaczego nie chciał współpracować w sprawie przewrotu? Znał przecie tę potęgę, która wyzwalała\nrobotników świata z pęt ucisku przemysłowców i zdzierców. Bywał na wszelakich wiecach\nw Moskwie i słuchał najciekawszych referentów. Nie tylko tyle; w drodze swej do Baku\nprzewędrował całą Rosję, przewiercił ją jak ów małż niepozorny, który w ciemności swej przeszywa\npotężne skały. Znał nie tylko zewnętrzne agitacyjne mityngi i półzewnętrzne urzędy, na starych oparte\nśmieciach, lecz i tajne kancelarie nowych despotów, szpiegowskie zakamarki i obmierzłe więzienia,\ngdzie wskutek podejrzeń i na zasadzie szpiegowskich doniesień siadywał ramię w ramię z tymi,\nktórych po to wyprowadzano na światło, ażeby ich zgładzić. Znał piwnice zalane i zachlastane krwią\ni cuchnące od trupów. Powiadał, iż ten to trupi zaduch przeszkadza, ażeby moskiewskie powietrze\nmożna było wciągnąć wolnymi i szczęśliwymi płucami. W tym zaduchu po masowych i sekretnych\nmorderstwach, pośród krwawych orgii nie można się modlić wielkim tłumem: „Ojcze nasz, któryś\njest w niebie ” „W Moskwie - mówił - cuchnie zbrodnią. Tam wszystko poczęte jest ze zbrodni,\na skończy na wielkich i świetnych karierach nowych panów Rosji, którzy zamieszkają w pałacach\n5\nArkusz I\ncarskich i jusupowskich**, odzieją się w miękkie szaty i stworzą nową, czynowniczą i komisarską\narystokrację, nową nawet plutokrację, lubującą się w zbytku i zepsuciu starej. Plebs będzie mieszkał\npo norach i smrodliwych izbach. Tam nie zaczęło się od budowania, od przetwarzania rzeczy lichych\nna lepsze, lecz od niszczenia, nie z miłości, lecz z pychy i zemsty. Nadaremnie znakomici komisarze\nbędą odwadniać zapach morderstwa perfumami postępu”.\nGdy syn stawał w otworze schronienia pod schodami, Seweryn Baryka wyciągał do niego\ntrzęsące się ręce i rzucał pytanie zawsze jednakie: - czy nie ma pociągu? - To nie było marzenie,\nnawet nie żądza powrotu do kraju macierzystego, lecz jakiś szał duszy. Jechać! - to był jedyny\nokrzyk, który się od tego człowieka słyszało. Zdawało się, że gdyby mu pozwolono wsiąść do pociągu\ni jechać do kraju, natychmiast spadłaby gorączka, od której się trząsł albo gorzał, i ozdrowiałby bez\nwątpienia. Jakże syn mógł go opuścić? Jakże miał wyprawić samego na wiekuiste rozstanie?\nObejmował go ramionami i razem tęsknił do chwili odjazdu. I oto wytworzył się w jego organizmie\njakby nowotwór uczuć, pulsujący od pasji sprzecznych w sobie. Cezary był tu i tam, w Rosji\ni w Polsce, był z ojcem i przeciwko niemu. Szarpał się i mocował ze sobą samym, nie mogąc dać\nsobie rady.\nNie tylko wszakże odmienność zapatrywań na sprawy publiczne i społeczne dzieliła\n(a zarazem w szczególniejszy sposób łączyła) ojca i syna. Cezary wciąż przezwyciężał w swym duchu\ntego starego człowieka, wyzbywał się jego władzy moralnej nad sobą, wyrastał z niego i oddzielał się\nbujnością swej siły od zmurszałości tego pnia. Nękały go więzy, wciąż jeszcze, jak w dzieciństwie,\nkrępujące jego wolę. Musiał po tysiąc razy ulegać, ponieważ był synem - a stary ojciec może\nrozkazywać, zakazywać, wreszcie pospolicie kaprysić z tej prostej racji, iż jest ojcem i ma niepisaną\nwładzę zakazywania spraw i uczuć najsłuszniejszych. Cezary nie czynił nic takiego, co by było\nmoralnym ojcobójstwem, lecz szarpał się w więzach. [ ] Nieraz w głębi siebie żałował, że go ten\ntajemniczy człowiek, gnany niewygasłą miłością swoją, odszukał w Baku, dosięgnął, chwycił w swe\nsieci uczuć i zabrał stamtąd. Byłby tam został B a r y n c z y s z k ą, samym sobą. Rozkazywałby\nsamemu sobie i szedł obraną drogą. Byłby skończył roboty grabarskie, rzucił łopatę i stanął między\nludźmi tworzącymi. Teraz szedł na postronku swojej dla ojca miłości w stronę Polski, której ani znał,\nani pragnął. Ojciec narzucił mu ideał obcy duszy i niezrozumiały, niepożądany i trudny, ckliwy\ni bezbarwny. Nie sam zresztą ten ideał, lecz przymus tolerowania, piastowania i uległej tolerancji\nwzględem niego był nie do zniesienia.\nStefan Żeromski Przedwiośnie. Czytelnik, Warszawa 1982\n* mowa o Karolu Marksie\n** Jusupowowie - rosyjska rodzina książęca\n6\nArkusz I\n7\nArkusz I\n8\nArkusz I\n9\nArkusz I\n10\nArkusz I\nBRUDNOPIS","answer":null,"answer_text":null,"solution":null,"image":"img/jezyk-polski-2003-maj-matura-podstawowa/zad-Temat_2.webp","solution_image":null,"topics":null,"page_from":4,"source":"ocr","answer_source":null,"answer_text_source":null,"solution_source":null,"text_source":"ocr","source_label":"Język polski · Matura · maj 2003 (podstawowa)","subject_label":"Język polski","category_label":"Matura","text_html":"<p>Temat 2. Cezarego Baryki zmagania z polskością i Polską.<br>Interpretując fragment Przedwiośnia, zwróć uwagę na rozterki bohatera związane<br>z określeniem własnej tożsamości. Wnioski z analizy odnieś do refleksji wyniesionych<br>z lektury całej powieści.<br>Stefan Żeromski Przedwiośnie [fragment]<br>W tym czasie zbliżył się duchowo do ojca, jak swego czasu do matki. Głęboka żałość<br>i dojmujące ssanie wewnętrznej bolesnej litości łączyło się i przeplatało z żądzą życia. Cezary patrzał<br>teraz na rozmach rewolucji w jej pierwszym rozkwicie. [ ] Zdarzało mu się widywać marynarzy<br>o kulistych facjatach, spalonych i rudych jak rondle, pędzących automobilami przez miasto Charków -<br>dokądś, w jakimś kierunku. Biła od nich potęga ludzka, męska, niezłomna. [ ] Odwiedzał sale<br>mityngów, nabite nie przez Tatarów i Ormian zjuszonych na siebie, jak to miało miejsce w Baku, lecz<br>przez lud pracujący ruski, małoruski, rumuński, żydowski, polski, jaki kto chce, lecz jeden,<br>niepodzielny, robotniczy. Słuchał tutaj mówców pierwszorzędnych, wszystko jedno jakiej<br>proweniencji, lecz wysuwających i rozwijających rzecz rewolucji w sposób nieubłaganie logiczny,<br>jasny, niezwalczony. [ ]<br>Gdy się znajdował w tłumie słuchaczów, w ciżbie robotniczej, która za każdym zbawczym<br>sylogizmem mówcy ciężko a zarazem radośnie wzdychała, gdyż te spokojne wywody zdejmowały,<br>zdawało się, z ramion przeogromnego pogłowia skrzywdzonych ciężar niedoli, przymus, przekleństwo<br>i sam nieszczęsny los bytowania w jarzmie - Cezary wzdychał równie ciężko jak oni. Jakże w takich<br>momentach pragnął rozstać się z ojcem, wyprawić go w ów świat nieznany, w krainę mitycznej<br>Polski, a zostać tam, wśród rozumnych i silnych! Jakże pragnął dołożyć ramienia do pracy nad<br>realizacją dzieła, nad skruszeniem aż do podwalin świata starego łotrostwa! Podziwiał i uwielbiał<br>nieznane zjawisko przewrotu, ukazujące się oczom ludzkim w czynie najpotężniejszym od zarania<br>świata a wysnutym z logicznych przesłanek genialnego geometry*, który inaczej niż wszyscy<br>dotychczas, niż najpotężniejsi z tyranów, podzielił i pomierzył okrąg ziemski. [ ]<br>Ale gdy młody entuzjasta wracał do dziury pod schodami, czuł, że nie da rady. Ten ojciec,<br>przychodzień mało znany, to nie było jestestwo bierne i czujące jedynie, jak matka. To był przeciwnik<br>czynny. To był rycerz. Z jego ran, których na ciele miał pełno, sączyła się nie tylko krew, lecz<br>jakoweś światło uderzające w oczy. On nie tylko wierzył w coś innego, lecz śmiał inaczej świat<br>kształtować. To, co mówił, było mgliste, wymyślone z rozbitej głowy, nawet śmieszne, ale z tym<br>trzeba było potykać się zaiste, na szpady. Czyż ten ojciec był burżujem, stronnikiem bogaczów<br>i pochlebców bogaczów? - Nie. Czy był stronnikiem starego porządku rzeczy? - Nie. Jakże tedy -<br>dlaczego nie chciał współpracować w sprawie przewrotu? Znał przecie tę potęgę, która wyzwalała<br>robotników świata z pęt ucisku przemysłowców i zdzierców. Bywał na wszelakich wiecach<br>w Moskwie i słuchał najciekawszych referentów. Nie tylko tyle; w drodze swej do Baku<br>przewędrował całą Rosję, przewiercił ją jak ów małż niepozorny, który w ciemności swej przeszywa<br>potężne skały. Znał nie tylko zewnętrzne agitacyjne mityngi i półzewnętrzne urzędy, na starych oparte<br>śmieciach, lecz i tajne kancelarie nowych despotów, szpiegowskie zakamarki i obmierzłe więzienia,<br>gdzie wskutek podejrzeń i na zasadzie szpiegowskich doniesień siadywał ramię w ramię z tymi,<br>których po to wyprowadzano na światło, ażeby ich zgładzić. Znał piwnice zalane i zachlastane krwią<br>i cuchnące od trupów. Powiadał, iż ten to trupi zaduch przeszkadza, ażeby moskiewskie powietrze<br>można było wciągnąć wolnymi i szczęśliwymi płucami. W tym zaduchu po masowych i sekretnych<br>morderstwach, pośród krwawych orgii nie można się modlić wielkim tłumem: „Ojcze nasz, któryś<br>jest w niebie ” „W Moskwie - mówił - cuchnie zbrodnią. Tam wszystko poczęte jest ze zbrodni,<br>a skończy na wielkich i świetnych karierach nowych panów Rosji, którzy zamieszkają w pałacach<br>5<br>Arkusz I<br>carskich i jusupowskich**, odzieją się w miękkie szaty i stworzą nową, czynowniczą i komisarską<br>arystokrację, nową nawet plutokrację, lubującą się w zbytku i zepsuciu starej. Plebs będzie mieszkał<br>po norach i smrodliwych izbach. Tam nie zaczęło się od budowania, od przetwarzania rzeczy lichych<br>na lepsze, lecz od niszczenia, nie z miłości, lecz z pychy i zemsty. Nadaremnie znakomici komisarze<br>będą odwadniać zapach morderstwa perfumami postępu”.<br>Gdy syn stawał w otworze schronienia pod schodami, Seweryn Baryka wyciągał do niego<br>trzęsące się ręce i rzucał pytanie zawsze jednakie: - czy nie ma pociągu? - To nie było marzenie,<br>nawet nie żądza powrotu do kraju macierzystego, lecz jakiś szał duszy. Jechać! - to był jedyny<br>okrzyk, który się od tego człowieka słyszało. Zdawało się, że gdyby mu pozwolono wsiąść do pociągu<br>i jechać do kraju, natychmiast spadłaby gorączka, od której się trząsł albo gorzał, i ozdrowiałby bez<br>wątpienia. Jakże syn mógł go opuścić? Jakże miał wyprawić samego na wiekuiste rozstanie?<br>Obejmował go ramionami i razem tęsknił do chwili odjazdu. I oto wytworzył się w jego organizmie<br>jakby nowotwór uczuć, pulsujący od pasji sprzecznych w sobie. Cezary był tu i tam, w Rosji<br>i w Polsce, był z ojcem i przeciwko niemu. Szarpał się i mocował ze sobą samym, nie mogąc dać<br>sobie rady.<br>Nie tylko wszakże odmienność zapatrywań na sprawy publiczne i społeczne dzieliła<br>(a zarazem w szczególniejszy sposób łączyła) ojca i syna. Cezary wciąż przezwyciężał w swym duchu<br>tego starego człowieka, wyzbywał się jego władzy moralnej nad sobą, wyrastał z niego i oddzielał się<br>bujnością swej siły od zmurszałości tego pnia. Nękały go więzy, wciąż jeszcze, jak w dzieciństwie,<br>krępujące jego wolę. Musiał po tysiąc razy ulegać, ponieważ był synem - a stary ojciec może<br>rozkazywać, zakazywać, wreszcie pospolicie kaprysić z tej prostej racji, iż jest ojcem i ma niepisaną<br>władzę zakazywania spraw i uczuć najsłuszniejszych. Cezary nie czynił nic takiego, co by było<br>moralnym ojcobójstwem, lecz szarpał się w więzach. [ ] Nieraz w głębi siebie żałował, że go ten<br>tajemniczy człowiek, gnany niewygasłą miłością swoją, odszukał w Baku, dosięgnął, chwycił w swe<br>sieci uczuć i zabrał stamtąd. Byłby tam został B a r y n c z y s z k ą, samym sobą. Rozkazywałby<br>samemu sobie i szedł obraną drogą. Byłby skończył roboty grabarskie, rzucił łopatę i stanął między<br>ludźmi tworzącymi. Teraz szedł na postronku swojej dla ojca miłości w stronę Polski, której ani znał,<br>ani pragnął. Ojciec narzucił mu ideał obcy duszy i niezrozumiały, niepożądany i trudny, ckliwy<br>i bezbarwny. Nie sam zresztą ten ideał, lecz przymus tolerowania, piastowania i uległej tolerancji<br>względem niego był nie do zniesienia.<br>Stefan Żeromski Przedwiośnie. Czytelnik, Warszawa 1982</p>\n<ul><li>mowa o Karolu Marksie</li></ul>\n<p>** Jusupowowie - rosyjska rodzina książęca<br>6<br>Arkusz I<br>7<br>Arkusz I<br>8<br>Arkusz I<br>9<br>Arkusz I<br>10<br>Arkusz I<br>BRUDNOPIS</p>","solutions":[]}